Czy rachunek sumienia to tylko przygotowanie do spowiedzi? Okazuje się, że może być czymś znacznie większym — codziennym kwadransem szczerości, w którym uczymy się dostrzegać dobro, wdzięczność i Boże działanie w tym, co zwyczajne.
W najnowszym odcinku „Puzzli Wiary” ojciec Bogdan Długosz SJ wprowadza nas w duchowość ignacjańskiego rachunku sumienia — prostego ćwiczenia, które potrafi odmienić spojrzenie na dzień.
Posłuchaj i daj się zaprosić do codziennej modlitwy wdzięczności.
Witam was serdecznie w kolejnym odcinku Puzzli Wiary. Moim dzisiejszym gościem jest Bogdan Długosz, który jest jezuitą. Witam cię serdecznie.
Witam wszystkich. Dzień dobry.
Bardzo się cieszę, że przyjąłeś moje zaproszenie do Puzzli Wiary. Goszczę tutaj w Nowym Sączu, u ciebie w parafii, w której jesteś proboszczem. Umówiliśmy się, że odkryjesz mi perspektywę jezuickiego rachunku sumienia. Czy moglibyśmy zacząć od tego, żebyś scharakteryzował, co to znaczy rachunek sumienia po jezuicku, jeśli mogę tak powiedzieć?
My przyzwyczajamy się, że rachunek sumienia robimy na ogół przed spowiedzią i to jest minus tego nazewnictwa. Dzisiaj, w XX-XXI wieku, próbujemy trochę zmienić nazwę na kwadrans szczerości, bo to już nam rozszerza na modlitwę odpowiedzialności ze względu na to, że to jest po pierwsze idea modlitwy codziennej, a po drugie pozwala nam ona troszkę budować, albo bardzo budować naszą duchowość, czyli mówiąc inaczej, relację do Pana Boga. Ma pięć punktów, ale, żeby nie wchodzić w szczegóły, zawiera dwa ważne elementy: jak jestem obdarowany, czyli co dzisiaj otrzymałem od Pana Boga i to jest cały obszar modlitwy wdzięczności, bo skoro zostałem obdarowany, to warto darczyńcy powiedzieć dziękuję, a to nie tylko w kierunku Pana Boga, ale służy też nam, a druga rzecz: jak Pan Bóg dziś działał i jak ja na to Jego działanie odpowiadałem. Można powiedzieć: ale jak to się wiąże z wyznawaniem grzechów? Niekoniecznie chodzi tu o grzech.
To, na co bym chciał zwrócić uwagę i zapytać, to powiedziałeś o tej modlitwie w kontekście nie spowiedzi tylko co codzienności. Dobrze rozumiem?
Tak, to taka modlitwa codzienna, bo my codziennie mamy za co dziękować, prawda? Moglibyśmy powiedzieć, że to jest taki moment refleksji każdego dnia, tylko refleksji bardzo ukierunkowanej, nie tylko związanej z tym, że sobie siadam i sobie myślę, tylko ona ma pewną strukturę: zaczynamy od dobra, później patrzymy jak Pan Bóg działa, jak ja odpowiadałem na to działanie. I zawsze jest ten element: chcę iść wyżej, coś mogę sobie postanowić. W spowiedzi mamy postanowienie poprawy, a tutaj mamy, że jakąś drobną rzecz, która mi wynika czasami z mojej refleksji mogę sobie podjąć jako taki moment pracy. Widzę, że na przykład nie bardzo dostrzegam dobra. No to na następny dzień mogę sobie tak pomyśleć: ok, muszę poszukać w ciągu dnia takich rzeczy, za które mógłbym powiedzieć dziękuję.
Daj mi to proszę usystematyzować. W tradycji dominikańskiej jest tak, że my codziennie wieczorem odprawiamy kompletę i przed kompletą robimy sobie rachunek sumienia. Choć muszę przyznać, że ten dominikański rachunek sumienia generalnie polega na tym, żeby sobie tak w parę sekund, może parędziesiąt sekund popatrzeć co złego zrobiliśmy. A jeśli dobrze słucham i dobrze słyszę, to w tradycji jezuickiej każdego dnia ta modlitwa jest większa, szersza, poszerzona i zaczyna się od podziękowania.
Tak, mówimy o kwadransie. To jest umowne, bo różnie bywa z tym kwadransem, może być kwadrans powiedzmy plus i kwadrans minus, czyli nie da się tego wyznaczyć, ale to jest taki dobry czas, żeby się zatrzymać i popatrzeć co było niedobrego. My staramy się też rozbudować tą rzecz w sensie w duchowości ignacjańskiej, co było dobrego, bo dobro pociąga, prawda? Jeżeli czuję się obdarowany, to później, kiedy patrzę na swoje dysfunkcje, a mam perspektywę, że jest ktoś fajny, kto mi dzisiaj dużo dał, to później głupio, że tak wyszło, że coś niefajnego zrobiłem w stosunku też do ludzi, których Pan Bóg kocha, czy do Niego samego. Trochę zmienia nam się perspektywa z tego mogę/nie mogę, w kierunku takiego: czuję się obdarowany i w związku z tym, jeśli na przykład zaniedbuję talenty, no to niefajne. Nie dlatego, że grzeszę, czy nie grzeszę, tylko nie rozwijam talentów, które dał mi mój Pan. Może mnie to bardziej mobilizować od takiej strony.
Ale powiedz: jak to wygląda? Czy to wygląda w taki sposób, że modlisz się tym kwadransem, piętnastoma minutami rano, wieczorem? Czy to jest tak, że dzielisz to dokładnie na siedem i pół minuty dziękczynienia i patrzenia na słabości? Przepraszam za te technicalia, ale to nas przybliża do zrozumienia tej modlitwy.
Dla Ignacego każda modlitwa czy rachunek sumienia, były ćwiczeniem tak jak ćwiczymy sport. Widział, że również w życiu duchowym musimy różne rzeczy wyćwiczyć. Trudność jest taka, żeby znaleźć czas na te parę minut, bo wydaje się, że przecież dzień ma dwadzieścia cztery godziny. Chyba z racji intensywności tej modlitwy, ona sprawia duże problemy i ciekawa rzecz, że Ignacy jako generał, w tym XVI wieku, zwalniał swoich braci z różnych ćwiczeń duchowych, ale z rachunku sumienia nigdy nie zwalniał, czyli widział w tym wartość, bo jest taka jego wypowiedź, że gdyby zakon został skasowany (co później też się stało, ale on już nie żył), to potrzebowałby kwadransa, żeby popatrzeć, czy jest to dzieło Boga i wtedy nie kiwnąłby palcem, pomimo tego, że jego dzieło życia zostaje zniszczone, albo nie jest to dzieło, pragnienie Boga, tylko to są działania ludzkie, to wtedy walczyłby jak lew. Ja staram się to robić raz dziennie, różnie to wychodzi, choć wieczór jest często optymalny, choć jeżeli wejdzie się w taką dynamikę, to w ciągu dnia zdarza mi się albo próbuję zauważyć dobre rzeczy.
Dlaczego dla świętego Ignacego w tej perspektywie rachunku sumienia to dobro jest takie istotne? No bo jest tutaj akcent, prawda? Wy tego nie widzicie, ale Bogdan się teraz uśmiechnął i powiedział: oczywiście, dominikanin pyta o takie głupoty. Jasna sprawa. Więc jak mógłbyś nas do tego przybliżyć?
To jest doświadczenie Ignacego, któremu złamało się życie, bo chciał być rycerzem, kula armatnia uderzyła go w nogę, można sobie wyobrazić, nie była to piłeczka, więc wszystkie jego próby powrotu do zdrowia, trochę spełzły na niczym, bo na ówczesną medycynę, to było za dużo. On odkrył, że można służyć innemu Królowi, nie tylko ziemskiemu, że jest Król wszystkich królów. To było jego odkrycie i zaczęła się jego droga nawrócenie. Pierwszy tydzień naszych ćwiczeń duchownych mówi o ogromnej miłości Pana Boga, że z miłości zostaliśmy stworzeni, Pan Bóg nas kocha i obdarowuje, więc skoro jestem obdarowany, to naturalną rzeczą jest podziękować w kierunku źródła tego obdarowania, co dzisiaj coraz bardziej rozumiemy od takiej strony psychologicznej, że im więcej zauważam dobrych rzeczy, im więcej zauważam rzeczy, którymi Pan Bóg mnie obdarowuje, tym mam większe doświadczenie pokoju, doświadczenie dobroci Pana Boga, bo to są konkretne rzeczy, które mogę jakoś zobaczyć. Więc myślę, że dla niego była to taka forma, jak możemy mówić o perspektywie zbawienia, że ktoś wchodzi w tą dynamikę, bo niepokoi się, że pójdzie do piekła, prawda? A mamy też jakby drugie skrzydło, które mówi: Pan Bóg mnie kocha i ja na tą miłość chcę odpowiedzieć, chcę być w relacji z Panem Bogiem, dlatego jakoś przekraczam siebie. To też jest taka droga, może bardziej nawet fascynująca, że nie ze strachu, tylko z tego doświadczenia, że chciałbym z Panem Bogiem być w tej relacji całą wieczność.
Jeżeli widzę dobro, to czy chodzi o to dobro, które jest takie bardzo namacalne i mogę przypisać je Panu Bogu? No na przykład modlę się i tutaj Pan Bóg mnie poruszył i tu widzę teraz rozwiązania. Czy też jakby chodzi o takie dobro, którego ja w ogóle doświadczam? Jak w ogóle być wrażliwym? Jakbyś mógł nas tutaj trochę naprowadzić na to jak widzieć to dobro w ciągu dnia?
Ja myślę, że to dobro jest bardzo szerokie. Od pierwszego, że my dzisiaj rozmawiamy i ja mógłbym nie mówić.
Co masz na myśli?
Mógłbym być pozbawiony mowy, prawda? Mógłbym być niemy. I to jest jakby rzecz, której oczywiście nie zauważam, bo od zawsze mówiłem, ale myślę, że to są takie rzeczy, które każdy może mieć. Mam taki opis, który jakby trochę wynika z takiego mojego doświadczenia, że różne rzeczy mi się nie należą, jeśli nie są one obecne w 100% populacji ludzkiej, czyli jeżeli patrzę, nawet jak obaj mamy okulary, to mogę podziękować Panu Bogu. To jest taka wdzięczność racjonalna, ale okazuje się, że według badań ma ona taki sam wpływ na nasze wnętrze, na nasz mózg, jak taka wdzięczność emocjonalna, że dostałem super prezent, o którym marzyłem. Wtedy mamy takie „wow” emocjonalne, ale racjonalnie ja to próbuję robić, że mogę chodzić, prawda? Nie wszyscy ludzie mogą chodzić, ale mnie to ułatwia życie, bo wszedłem tu do ciebie na drugie piętro. To są rzeczy takie bardzo szerokie, związane ze mną, związane z takim obszarem bytowym, że jest ciepło, że jest dach nad głową, bo nie wszyscy ludzie mają ciepło, nie wszyscy ludzie mają dach nad głową, aż po takie rzeczy, o które pytałeś, że mam jakieś doświadczenia duchowe, których mógłbym nie mieć. To też jest przestrzeń wdzięczności, bo właściwie myśląc, nic mi się nie należało. Bo dlaczego by mi się miało należeć? W tym duchu mogę poczuć się obdarowany, prawda? Że widzę, że słyszę, że mówię, że chodzę, że skończyłem jakieś studia. Różne rzeczy tu mogą być. Dlaczego? No nie wszyscy to mają. Nie po to, że: Jezu, bo mi coś tam ktoś zabierze, tylko ta przestrzeń jest ogromna, taka właściwie nieskończona tych rzeczy.
Mam takie podwójne pytanie. Po pierwsze dotyczące widzenia dobra. Wyobraź sobie roboczo, hipotetycznie, że dzisiaj na obiad były naleśniki i te naleśniki były z czymś, co ci zupełnie nie pasuje. I sobie myślisz: no tak, właśnie głoszę rekolekcje i chciałbym, żeby te naleśniki były z czymś innym. I naturalnie wchodzi, przynajmniej w moje myślenie, taki motyw marudzenia, narzekania, zamiast podziękowania. Jak przekładasz tą hipotetyczną sytuację na swoje konkretne życie?
Pytasz, jak wykształcić w sobie taki kierunek, o którym mówię, czy jak się odnieść do konkretnej sytuacji?
Powiedziałbym, że trochę jedno i drugie, że moje doświadczenie jest takie, że ja prędzej się skupiam na jakiejś słabości, na czymś, co mi nie pasuje, niż potrafię zobaczyć dobro i w związku z tym jak to budować, jak sobie to przerabiać?
Tutaj to słowo „ćwiczenie” będzie użyteczne. My mamy pewne predyspozycje i wydaje się, że ja też mogę mówić o sobie, że jest mi bliska taka rzecz, zauważanie tego, co jest wyzwaniem, dysfunkcją, trudnością. Z tego względu, że się z tym wiążą jakieś emocje, obciążenia, jakiś trud. I ja o tym nie muszę myśleć, prawda? Jak mnie coś boli, to ja nie muszę sobie robić całej refleksji, że mnie to boli. Po prostu wiem, że mnie to boli. W drugą stronę jest to trudniejsze ze względu na to, że jeżeli to nie są takie rzeczy „wow”, które mają ładunek emocjonalny, myśląc o tych, za które mógłbym podziękować, to jest to trochę taka „ciężka” praca, czyli tak jak ćwiczenie. Nie mogę dzisiaj przebiec maratonu, ale mogę poćwiczyć do tego maratonu. I myślę, że tak samo to funkcjonuje w obszarze wdzięczności, że ja trochę uczę się zauważając te rzeczy. Tak jak mówiliśmy o tych prostych rzeczach, które mam do dyspozycji, że mam coś w lodówce i mnie to nie cieszy, ale mogę w tym zauważyć wartość, wartość intelektualną. Czyli jak rozwijać? Przed chwilą spowiadałem dzieciaki, takie po barankach, po rodzinnym przygotowaniu do Komunii. My mamy taki rytm, że nie ma wakacji od pięciu podziękowań na początku spowiedzi i one muszą się z tym jakoś zmierzyć i podziękować za pięć rzeczy. Często nie są to jakieś bardzo wylewne rzeczy, bo był fajny Mikołaj, tylko takie rzeczy codzienne i myślę, że to jest ta droga ćwiczenia, że im więcej rzeczy zauważam intelektualnie, bo nie mówimy o emocjach, tylko intelektualnie, tym bardziej w czasie wpływam na swoje emocje. One mogą zacząć mnie cieszyć. Nawet jeżeli dzisiaj jest to tylko taka racjonalność, że fajnie, że chodzę, bo gdybym nie chodził, to byłoby to dla mnie jakieś wyzwanie i ograniczenie, a że chodzę, dziękuję Ci, Panie Jezu, ale mnie to nie cieszy tak emocjonalnie, no bo nie mam innego doświadczenia, że jeździłem na wózku inwalidzkim, prawda?
Chyba trochę potrafię wyostrzyć moje pytanie, bo właśnie myślę sobie, że najłatwiej jest być wdzięcznym za coś, co jak sam powiedziałeś, budzi w nas jasne emocje, prawda? Czyli jest jakieś przeżycie, jest „wow”. No to jak słucham ciebie i idę za tą rozmową, to słyszę, że ty przesuwasz ten punkt i mówisz, że jest mnóstwo rzeczy, za które powinniśmy być wdzięczni, a one nie wzbudzają w nas tych takich jasnych, silnych, wyrażonych emocji, które prowadzą nas do dziękowania.
Tak. Myślę, że tutaj było też ważne dla Ignacego to, że on funkcjonował w takim obszarze, że trzeba wprowadzić porządek na różnych obszarach też emocji, prawda? My się uczymy i jakoś bardzo nie dziwimy, że boję się egzaminu, a jednak idę go zdawać. Zakładam, że tak robimy. Nie jestem do końca przygotowany do czegoś, ale mam to zrobić, idę to robić. Czyli możemy powiedzieć, nie że działam wbrew emocjom, bo to nie chodzi o to, żeby łamać swoje emocje, tylko jakby potrafię narzucić taką kalkę na nie, że okej, mam świadomość, że one są, ale pomimo ich obecności mogę działać. I idąc za twoim pytaniem, tutaj nie mam tych emocji, bo nie wyskakuję z wielką radością, że te rzeczy, które wymieniamy, które mamy na podorędziu, ale narzucam na to, że nie ma emocji, ale ja mogę narzucić taką intelektualną wdzięczność, a okazuje się, że w rozwoju i funkcjonowaniu naszego mózgu to jest bardzo podobny sygnał, czyli wdzięczność intelektualną on bardzo podobnie traktuje jak wdzięczność emocjonalną. Było to bardzo duże zdziwienie dla mnie, kiedy gdzieś to odkopałem, jaki jest sens takiej wdzięczności, nazywam ją tak technicznie: intelektualną. Bo ona dla naszego wnętrza robi taką samą robotę jak to „wow”.
Zacząłem się zastanawiać, czy ta wdzięczność intelektualna to widzenie różnych rzeczy, które nie są nacechowane wysokim poziomem emocjonalnym? Czy taka wdzięczność z kolei prowadzi do tego, że nasza emocjonalność też się uruchamia w tym, czy raczej nie? Czy jest to neutralne?
Myślę, że jednak ćwiczymy w kierunku większej emocjonalności. Zdecydowanie tak. Bardzo prostą rzecz mam na podorędziu: jak uprawiasz jakąś tam dziedzinę sportu czy jakiejś aktywności, to generalnie trudno jest każdego ranka myśleć o tym, że okej, mam tą sprawność, prawda? Ale jeżeli czasami się do tego przykładam, to później, kiedy jest taki moment zagrożenia, że nie mogę, że jakby przeżywam to bardziej emocjonalnie i później, kiedy wracam, to też te emocje się pojawiają większe, że: o, fajnie, fajnie, że to mogę robić. Wynika to oczywiście z tego, że nagle jest zagrożenie, że nie mogę, jest doświadczenie braku, ale też troszkę nad tym popracowałem i zobaczyłem, że to ma wartość, czyli z tego elementu intelektualnej wdzięczności, która przesuwa akcent w kierunku takiego większego emocjonalnego przeżywania świata, takiego, że jak jesteśmy dziećmi Bożymi, Pan Bóg się opiekuje, to mamy dużo takich przestrzeni, tylko niestety my widzimy brak. To nasze narzekanie też jest ciekawym tematem, bo ono nie jest elementem moralnym, ono też wychodzi naprzeciw pewnym potrzebom, które przeżywamy, jest jakąś odpowiedzią na to, że nie zgadzam się na jakiś świat, w którym żyję, w którym moja sprawność jest niższa, że nie zgadzam się na taki świat, że trudno mi go zaakceptować. Myślę, że jest sporo rzeczy, które nie tylko moglibyśmy wrzucić do worka moralności, że to nie jest dobre, ale trochę organizujemy w ten sposób jakieś nasze potrzeby, takie dysfunkcje.
Zdradzę wam jakby niemalże poza rozmową, że wczoraj rozmawialiśmy o łąkotkach i kontuzjach, które jakby są dla nas też istotne, bo one utrudniają sport i ćwiczenia. A wobec tego w takim duchowym wymiarze, kiedy Ignacy mówi o ćwiczeniach, żeby je prowadzić, co tutaj utrudnia w podejmowaniu czy w widzeniu tego dobra i uczenia się wdzięczności w codzienności?
Wytrwałość, systematyczność, to utrudnia bardzo. I z drugiej strony też w takim naszym doświadczeniu, kiedy my podejmujemy jakąś pracę. Myślę, że to każdy widział. Taki bardzo prosty przykład. Spotykam kogoś, z kim znamy się z kościoła, więc biegnąc zaczynamy rozmawiać, pytam: a co słychać, jest czwarty czy trzeci stycznia i on mówi: mam takie postanowienie, że codziennie będę biegał. I ja mówię: fajne, ale obawiam się, że już za chwilę się nie spotkamy.
Podobno karnety na siłownie najlepiej sprzedają się w styczniu.
To prawda. I inne rzeczy sportowe. Bo tu z jednej strony ktoś odkrył jakieś pragnienie, że coś z sobą zrobi, ale dla Ignacego, przynajmniej ja też tak to traktuję, pojawia się taka przestrzeń, nie chciałbym użyć tego słowa: kuszenia, ale trochę może ono będzie dobre, że skoro już jesteś tak uparty i coś chcesz zrobić, to ci to trochę przegniemy, żebyś przestał to robić. W sensie taka zgoda i cierpliwość, trochę można tak nazwać pokorę, że to ja to będę robił dwa razy w tygodniu, a ktoś powie: co dwa razy w tygodniu, taki cienki jesteś? No tak, tylko ten, co robi dwa razy w tygodniu, ma szansę pociągnąć dłużej, a nie sprzedawać karnet za pół ceny już 5 czy 10 stycznia. Więc myślę o wytrwałości, zgodzie na to, co mogę dzisiaj i cierpliwości, bo właśnie w długofalowości my się zmieniamy. I że moim zadaniem na dzisiaj jest to zrobić. Ja tego efektu może nie zobaczę, bo jestem blisko siebie. Ktoś z zewnątrz może za dwa miesiące zobaczy, ale mi będzie trudno. Ale ja to robię i sam widzę, że nagle się okazuje, że ta zmiana następuje, no bo zmiana następuje w czasie, czyli w długości i w ilości powtórzeń. Chcielibyśmy, żeby w duchowości inaczej to funkcjonowało, to wtedy mówimy o mistycznych doświadczeniach, to Pan Bóg może nam dać, ale dla większości z nas jest taka droga codzienna, od poniedziałku do niedzieli.
Święty Ignace mówi „ćwiczenia”, ja tak naprawdę słyszę „proces”. I w tym procesie jeszcze bym wrócił do tego, jak w tej codzienności, w takim w konkrecie, jak to dobro widzieć? Czy są jakieś sposoby, pomoce, które byś nam tutaj podrzucił, żeby w tym rachunku sumienia – a cały czas przypomnę, że jesteśmy w pierwszej jego części – uchwycić to dobro?
Różne sposoby mamy. Ignacy zachęca, i to jest dobry pomysł, żeby pisać. Czyli piszę te rzeczy, bo one mi pokazują, że papier się wypełnia, mogę do nich wrócić. Dla mnie osobiście to jest trochę próba nieprzyzwyczajania się do rzeczy. Czyli to, że rozmawiamy o takich prostych rzeczach, że coś jest w lodówce, że mamy jakieś pieniądze na wydatki, że mam pracę, o różnych takich rzeczach, to właściwie każda przestrzeń jest dobrym momentem, żeby ją zauważyć jako dobrą. I tu jak zaczniemy, to właściwie to jest taka plus nieskończoność, bo tych rzeczy możemy mieć. Pewnie, że lepiej zaczynać od tych grubszych. Mam rodzinę, więc ona jakoś niesie wartość sama w sobie, no to warto za nią. Czyli zaczynać od tych grubszych rzeczy, a schodzić do tych drobniejszych. Sposobem jest pisanie, albo sposobem jest, że każdego dnia dziesięć rzeczy szukam. Z czasem przyzwyczaję się do tych dziesięciu, to muszę jakąś jedenastą, inną niż ta, którą wymieniam. Ta intuicja o tym, że jest to proces, to jak najbardziej, bo on nazywa ćwiczenia w takim ujęciu, że bycie szermierzem – bo był rycerzem – to jest proces, w którym musiał powtórzyć tysiące razy tą samą czynność. Jak sobie wyobrazimy rycerza, który jest wirtuozem szpady, niekoniecznie o tym, który macha toporem na prawo i lewo, ale myśląc na przykład o takiej szermierce, to tu trzeba tysięcy powtórzeń, jak w każdej sztuce walki, żeby coś zaczęło działać. Myślę, że to był dla niego taki obraz. Oczywiście ta idea procesu jak najbardziej ona nam tu będzie użyteczna, że to dzieje się właśnie w jakimś procesie powtórzeń, poprawek, budowania nowego schematu wdzięczności, nowej optyki patrzenia na świat, takiego, że mogę patrzeć przez brak, co jest nam bliższe, ale mogę patrzeć przez dobro, które jest też udziałem moim i innych.
Gdzieś czytałem taką psychologiczną książkę z różnymi tipami, to teraz jest w ogóle w modzie, i przeczytałem, że żeby w nas się ugruntował nawyk, tak ten autor mówił, potrzeba 66 dni nieustannego powtarzania. I jak to zrobić, żeby wdzięczność była naszym nawykiem? Bo myślę, że łatwo jest drugiego czy trzeciego dnia przegrać z tym… właściwie chciałem użyć słowa „wyzwaniem”, ale to chyba nie jest dobre, prawda? …. tą jakby jakąś zmianą czy pracą nad sobą?
Myślę, że ta zmiana i praca nad sobą jest dobrym określeniem. Szczególnie, że rozmawiamy o naszym ludzkim obszarze, ale też i duchowym, że w tym duchowym my potrzebujemy też tych dynamik, które stosujemy w naszym codziennym życiu. Myślę, że pytanie jest takie, czy chcę dojść do celu, czyli być osobą wdzięczną, czy ja chcę być w procesie? Jeśli jestem w procesie, to jak w każdym procesie, rzeczy się zdarzają nie po naszej myśli, prawda? Ktoś chce piec chleb, to parę bochenków pewnie musi wyrzucić, zanim będzie mu to wychodziło. I tak samo jest z tym, tu idea nawet nie jest taka, żeby mieć sprawność, co być w drodze wdzięczności. I myślę, że to załatwia, czyli dzisiaj „zapomniałem”, czyli był jakiś taki proces, że jest to dyskomfortowe. Bo jak coś jest ważne, to nie zapominam o tym, prawda? No to proszę, jest jutrzejszy dzień i mogę spokojnie, nie zacząć od nowa, tylko kontynuować ten proces w idei drogi. Zatrzymałem się, bo potrzebowałem odpocząć, zregenerować się, bo mnie coś uwierało, ale na drugi dzień rano wyruszę. To nie zwalnia z jakiejś odpowiedzialności, ale nie mam sprawności i tej sprawności muszę się nauczyć, prawda? Trochę jak ten szermierz, który nieraz pewnie dostał po łapach, bo zrobił coś, czego nie powinien zrobić.
Będziemy powoli kończyć, natomiast nie chciałbym skończyć tylko na pierwszym punkcie rachunku sumienia, który jest w duchowości jezuickiej. Powiedziałeś, że tą modlitwę nazywacie kwadransem szczerości, jeśli dobrze zapamiętałem. Gdybyś mógł tak w dwóch słowach ją scharakteryzować do końca, jak wy się modlicie w tym duchu, żebyśmy mieli też to wyobrażenie?
Pewnie. Ten element początku i wdzięczności stawia mnie w takiej sytuacji, że jestem obdarowany i ta druga część jak ja na to obdarowanie odpowiadałem. I tu będzie to, co jest takie może bardziej klasyczne, że nie zawsze potrafiłem odpowiedzieć dobrem na różne sytuacje, czyli to jest taka, moglibyśmy powiedzieć, refleksja związana z naszą słabością, nieumiejętnością, co mi się jakoś nie udało i też taki element postanowienia poprawy, że coś chciałbym drobnego podjąć, ale ja go sobie charakteryzuję jak Pan Bóg działał, no bo jeżeli przyjmuję, że wdzięczność jest taką formą uznania, że Pan Bóg działał w moim życiu, to później pytam się jak ja na to działanie odpowiadałem. No i tu jest, że nie potrafiłem być dobry dla tych, którzy przyszli, komuś okazałem zniecierpliwienie, zdenerwowanie, kogoś otrąbiłem na ulicy. Różne rzeczy, które są i trochę widzę, że nie od takiej strony, że przekroczyłem prawo i zasady i temu, który był dla mnie dobry, tak trochę wrednie odpowiedziałem. Więc tu już mamy refleksję na temat tych rzeczy złych, ona miałaby tu takie miejsce, no i z takim poczuciem, że ok, jestem w drodze, więc jutro chciałbym podjąć to.
Ja kiedyś usłyszałem w jednej z moich podcastowych rozmów, tak mnie bardzo to dotknęło, że człowiek święty to jest człowiek grzeszny na drodze do nawrócenia.
Tak, ja myślę, że ten proces bardzo fajnie wychodzi w tej idei pielgrzymowania do wiecznej ojczyzny, kiedy myślimy o niebie, ale takiego pielgrzymowania naszego codziennego na bieżąco, czy takiego pielgrzymowania gdzieś tam, powiedzmy, jak idziemy do Częstochowy czy gdzieś, że my jesteśmy w procesie, w takim procesie, w którym właśnie nie jesteśmy już na miejscu i czasami zdarzają się te momenty, że upadam, boli mnie noga, jestem chory, jestem wredny, więc jakby jestem w procesie, jestem, jak to mówią, powołany do świętości, czyli kapitał mam, muszę go teraz zrealizować, czy chcę go zrealizować, żeby się do Pana Boga upodobnić.
Moim i waszym gościem był dzisiaj Bogdan Długosz, jezuita, który mieszka w Nowym Sączu. Bogdanie, bardzo Ci dziękuję za tę rozmowę i za nasze spotkanie.
Bardzo dziękuję, pozdrawiam wszystkich.
Dzięki wielkie.
